Koniec maja a mi się dopiero trzy razy udało wyskoczyć na owady. Dwa pierwsze wypady to całkowita porażka, po dwie godziny łażenia i żadnych zdjęć. Trzeci raz nie wiele lepszy, mimo że pogoda dopisała – ładne światełko i bezwietrznie. Jakiś pech. Udało mi się zrobić raptem kilka ujęć. To najładniejsze z nich – model znany i lubiany.

Coenonympha pamphilus / Strzępotek ruczajnik

6 Odpowiedzi do “mizerne początki”

  1. Strzępotek zapozował ślicznie. Bardzo ładne foto.
    Wychodzi na to, że w liczbie owadzich wyjść jestem od Ciebie lepsza, bo mam już ich pięć na koncie. Aż się zdziwiłam, jak policzyłam, bo raczej staram się unikać wychodzenia z powodów wiadomych.

    1. od początku coś z tym zegarem nie grało.
      Strzępotek postarał się, ale łatwo nie było skłonić go do współpracy. Wcześniej ganiałem za nim po łące, bo siadał w jakimś zielsku, bez szansy na fajne foto.
      Co do wyjść, to dwa pierwsze to z założenia miały być takie treningowe, zresztą wiatr był i słońce do bani. Ale ostatnie sobotnie focenie to taki mały zawód.

  2. Ale przecież zegar możesz przestawić, na pewno na zapleczu masz taką opcję (ja u siebie mam).
    Nad strzępotkiem zawsze trzeba się nabiegać, ale nie zawsze to bieganie jest uwieńczone powodzeniem. Jeśli jest – to już sukces.
    U mnie ściany Arsenału zawsze się sprawdzają, szczególnie wiosną i jesienią. Już znowu parę nowych gatunków tam spotkałam.

    1. Musiałem zmienić strefę czasową. Powinno być ok.
      Z tymi strzępotkami to różnie bywa, ale rzeczywiście często trzeba było biegać za nimi. Tylko, że potem się męczyły (tak to przynajmniej wygląda) i spokojnie pozowały.

      1. Aha, nareszcie godzina jest taka jak trzeba. U siebie zmieniam wg czasu UTC. Teraz mamy UTC+2, a zimą UTC+1.
        Tylko raz udało mi się zmęczyć strzępotka. Siedział, nie miał siły się ruszyć i tylko patrzył przestraszonym wzrokiem. We wszystkich pozostałych przypadkach to ja męczyłam się pierwsza (albo po prostu rezygnowałam z pogoni).

Dodaj komentarz